Kolejna witryna sieci „blogx.pl”
Monday November 24th 2014

Dlaczego postanowiłem zostać lekarzem?

Koniec roku, okres Świąt skłania nas zazwyczaj do różnego rodzaju przemyśleń dotyczących naszego życia, tego, co już było, ale i tego, co przed nami. Ostatnio naszła mnie dość niepoprawna myśl, że może po naszym życiu nie ma nic. Po prostu zamykasz oczy i nie ma już nic, żadnego nieba, raju, żadnego kolejnego wcielenia, nic nie widzisz, nic nie myślisz, nic nie czujesz, nie ma żadnego boga.. Człowiek staje się tym „prochem”, jak zwykło się mówić, staje się na powrót częścią Ziemi, częścią Natury, tej samej, która go wydała. Zapytacie, dlaczego owa myśl jest niepoprawna? Ano, jest niepoprawna z mojego chrześcijańskiego punktu widzenia, bo kto jak nie Katolik, ma wierzyć w życie wieczne? Racja. Jednak moja wiara, wbrew temu, co próbują wmówić nam niektóre media, nie zabrania mi zadawać trudnych pytań. Ba, nie zabrania szukać odpowiedzi na nie. Praktycznie każdy dowód na istnienie Boga, czy życia wiecznego można by podważyć i wielu to robi. Jednak jest coś w tym z misternej tajemnicy, między życiem a śmiercią, jest coś, czego naukowcy i technika wytłumaczyć nie potrafi, jest jakaś granica, którą boimy się przekroczyć. Co to byłaby za wiara, gdybyśmy wszystko wiedzieli, mieli gotowe podane na tacy? Właśnie taka jest istota wiary, uwierzyć w coś, czego się nie widzi, co nie jest namacalne, co jest według naszych zmysłów „nie do wiary”.

Dotknięty wspomnianymi myślami postanowiłem częściej pisać. Nie od dziś wiadomo, że to, co po nas zostaje to najczęściej słowo, czy to mówione, czy pisane. Dlatego też wybitni poeci, artyści, czy politycy pisali wiersze, dzieła, pamiętniki. Pisali też zwykli ludzie, o ile posiedli taką sztukę, a Ci, którzy pisać nie umieli starali się żyć tak, by opowiadały o nich kolejne pokolenia. „Na początku było Słowo…” pisze św. Jan w swojej ewangelii i pisze dalej „ w Nim było życie”. Tu mogę się zapytać, czy to Słowo to nie w pewien sposób Życie Wieczne? Czy, dzięki temu „Słowu” Ci zmarli, którzy żyli przed nami nie żyją wiecznie, nie żyją przypadkiem właśnie w tym słowie, słowie pisanym, czy mówionym? Owszem, żyją! Żyją w książkach, podręcznikach, w swoich dziełach albo też w ustnych przekazach. Nie wiem, czy uda mi się życie przeżyć tak dobrze, by zapisać się na kartach historii, czy choćby być wspominanym przez kolejne kilka pokoleń. Dlatego piszę, by coś po mnie pozostało. Dziś nie pisze się już na kartach papieru, tylko publikuje się w Internecie, a ja dodatkowo wierzę, że co raz wrzucone do sieci, już w niej pozostaje na zawsze.

Ze względu na to, że w okresie świąteczno – noworocznym staję się wyjątkowo szczery, to w przypływie tej szczerości postanowiłem Wam, Drodzy Czytelnicy, uchylić rąbka tajemnicy i odpowiedzieć na bardzo często zadawane mi pytanie. Otóż, dlaczego postanowiłem zostać lekarzem? Oczywiście, ciągle jestem studentem i droga do celu jest jeszcze daleka, a samo zostanie lekarzem też nie jest jeszcze celem. Jednak zawsze uważałem i wciąż uważam, że droga często jest ważniejsza i nieraz cenniejsza od celu. Najczęściej wysuwanym podejrzeniem jest fakt, że wybrałem ten fach, bo liczę na korzyści materialne płynące z kieszeni schorowanych ludzi. Niestety, osoby tak twierdzące muszę rozczarować. Uważam, a właściwie bardziej wierzę w to, że jest to powołanie. Żeby poznać szczegóły owego powołania, musielibyśmy się cofnąć kilka lat wstecz, do mniej więcej drugiej klasy liceum i do tego samego okresu, a konkretniej Wigilii ówczesnych Świąt Bożego Narodzenia. Jako, że w każdym powołaniu jest coś magicznego, a do celu wtedy obranego jeszcze bardzo daleko, więc dokładnych szczegółów tu, Drodzy Czytelnicy, nie poznacie. Jednak, mogę Wam przybliżyć, osoby, które wywarły równie niemały wpływ na mój wybór i go utwierdziły. Do tego konieczne jest pochylenie się nad moimi autorytetami.

Ja sam w tej okołoświątecznej zadumie pochyliłem się nad nimi. Wiadomo od początku swego życia człowiek posiada wiele wzorców, osób z których zdaniem się liczy, ba których zdaniem się kieruje w życiu. Dziś jako człowiek, który ma już swoje lata, piszę do Was – słuchajcie, obserwujcie, ale nade wszystko myślcie. Słuchajcie, tak by usłyszeć, ale nie tylko to, co w prostej linii, chce Wam ktoś powiedzieć. Słuchajcie tak, by z najprostszych słów wyciągnąć najgłębszy sens. Obserwujcie, ale nie tak, by po prostu patrzeć, obserwujcie tak, by wyciągnąć z zachowań innych słuszne wnioski. Myślcie, to trzecie, jest tym, co nadaje sens pierwszemu i drugiemu. Inaczej mógłbym napisać myślcie przy obserwowaniu i słuchaniu, a zdobędziecie mądrość od innych, bez ich zgody, a nawet świadomości, co Wam dają.

Jednak dość daleko znów odbiegłem od tematu moich autorytetów. Tylko tak się zastanawiam, czy można fikcyjną postać nazywać autorytetem? Może bardziej wzorem, do którego dążę. Może nawet nieprawdziwość tej osoby daje jej przewagę, nad ludźmi, którzy żyli naprawdę. Mogę chcieć jej dorównać bez obawy, że kseruję kogoś. Tak, więc tą postacią jest doktor Tomasz Judym z „Ludzi Bezdomnych” Żeromskiego. Pamiętam, jak jeszcze w liceum opowiadałem o swoim zafascynowaniu tą książką wzbudzając przy tym uśmiech politowania koleżanek i kolegów. W czym jestem podobny do Judyma? Z całą pewnością łączy mnie z Nim pochodzenie, z prostej biednej robotniczej rodziny. Świadomość, że wyszedłem z tego prostego ludu i jednocześnie obowiązek odwdzięczenia się temu ludowi swoją działalnością, czy też swoistą służbą. Posiadam tę świadomość i wiem, że nie jestem i nie będę takim samym lekarzem, jak dzieci lekarzy, prawników czy innych wysoko postawionych osób. Ja będę zawsze synem robotnika i nigdy do wyższych sfer pasować nie będę, dlatego czuję potrzebę, ba, swoisty obowiązek pracy u podstaw społeczeństwa. Zawsze uważałem, że elitą się nie staję, a elitą jest się z urodzenia. Były w tym kraju czasy, gdy odgórnie próbowano zastąpić prawdziwe elity, elitą wywodzącą się z robotników, niestety do dziś ponosimy tego konsekwencje. Pisząc te słowa dowodzę jednocześnie, że jestem realistą, podobnie jak Judym. Bohater Żeromskiego był też romantykiem, czyli osobą kierującą się uczuciami, emocjami, pragnącą poświęcić się w imię idei. Myślę, że czytając moje poprzednie wpisy o miłości choćby do mojego miasta, a także chęci zmieniania świata, przy jednoczesnym braku zrozumienia wśród mi współczesnych, nie macie wątpliwości, Drodzy Czytelnicy, że jestem romantykiem. No i wreszcie bycie pozytywistą, też tak jak On chce pracować wśród najbiedniejszych, zapewnić im niezbędne minimum, czyli pracować u podstaw. Czy coś mnie różni od bohatera książki? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, bo tak mocno „zrosłem” się z tą postacią, że nie umiem odróżnić siebie od niej, nie umiem już tej książki interpretować tak, by nie traktować jej osobiście. Myśląc o Judymie de facto myślę o sobie.

Teraz przejdźmy do prawdziwych autorytetów, znaczy się rzeczywiście żyjących osób, a nie będących fikcją literacką. Oczywiście napiszę tylko, o tych, którzy w jakiś sposób wiążą się z obraną przeze mnie drogą życiową, a nie o wszystkich, którymi kieruję się w życiu. Taką z całą pewnością wyjątkową i ważną osobą dla mnie jest Richard Holtze, współzałożyciel Katowic. Z wszystkich założycieli naszego miasta jest dla mnie szczególnie ważny, ponieważ był lekarzem. Gdy w 1851 roku pojawił się w Katowicach był pierwszym człowiekiem z wyższym wykształceniem w ówczesnej wsi. Będąc lekarzem miejskim również pracował u podstaw (niczym Judym) starając się polepszyć sytuację najbiedniejszych. Dzięki m.in. Jego działaniom Katowice w 1865 roku otrzymały prawa miejskie. Lecząc najuboższych mieszkańców, a także dzięki wielu swoim pozostałym talentom, zyskał olbrzymi szacunek wśród mieszkańców. Odwdzięczyli się oni Jemu w wyborach, po których został przewodniczącym rady miejskiej. Jeśli dobrze pamiętam za zasługi dla miasta otrzymał nagrodę, którą przeznaczył na budowę łaźni miejskiej. Kochając Katowice równie mocno jak On, też chciałbym pomóc w Ich rozwoju. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, ale wierzę, że uda mi się pomóc jakoś temu miastu, by znów stało się miastem z prawdziwego zdarzenia.

W pewien sposób drodzy mojemu sercu są też Andrzej Mielęcki i Wincenty Styczyński, ale tu już zachęcam Was samych, Drodzy Czytelnicy, do zapoznania się z biografiami tych lekarzy. Obaj zginęli niosąc pomoc innym, zginęli na naszych ulicach, jeden w Katowicach, drugi w Gliwicach. Czytając ich biografie, jeśli się dobrze wczytacie, też znajdziecie jeden jakże ważny związek ze mną.

Nie wiem, kim będę, jak się potoczy moje życie. Staram się być człowiekiem, bo to jest najważniejsze, to jest fundament, na którym można budować coś innego, większego. Pewien wybitny kaznodzieja, zwykł mawiać – „Najpierw bądź człowiekiem, potem możesz być Chrześcijaninem, a dopiero potem kimś więcej”. Cytat może nie dokładny, ale sens zachowany. Tego u progu Nowego Roku, Sobie i Wam, Drodzy Czytelnicy, życzę, by każdy z Nas był Człowiekiem.

Previous Topic:
Next Topic:

Leave a Comment

*

More from category

Politycznie

Zazwyczaj staram się nie zajmować polityką, jednak dziś będzie inaczej. Obserwując to dzieje się w kraju nie [Read More]

Nie każdy jest bohaterem.

Z całą pewnością 7 marca kojarzy mi się negatywnie, jeśli chodzi o historię Katowic. Właśnie 7 marca 1953 roku [Read More]

27 stycznia

Z całą pewnością dzisiejsza data nie jest w historii naszego miasta zwykłym dniem. Są rocznice, które nie bardzo [Read More]

Pages

Interesting Sites

    Archives